Promocje
Dyktator (ebook epub)
Dyktator (ebook epub)
36,90 zł 24,60 zł
szt.
Dyktator (ebook mobi)
Dyktator (ebook mobi)
36,90 zł 24,60 zł
szt.
Dyktator (ebook pdf)
Dyktator (ebook pdf)
36,90 zł 24,60 zł
szt.
Dyktator (książka papierowa) z darmową dostawą
Dyktator (książka papierowa) z darmową dostawą
39,90 zł 33,60 zł
szt.
  •  

     

     

           nienawiść

     

     

              absurd

     

     

               żądza

     

     

              spisek

     

     

              zajrzyj

     

     

                 za

     

     

              kulisy

     

     

             władzy

  •  

     

     

     

           Sprawdź,

     

     

     

               kto

     

     

     

               stoi

     

     

                za

     

     

          zamachem!

  •  

     

     

     

     

     

            A może

     

     

     

                 to

     

     

     

             zemsta

     

     

     

            Wiktora

     

     

     

            Farona?

  •  

     

     

     

     

                 Co

     

     

                jest

     

        

          największą

     

     

     

           tajemnicą

     

     

     

          Naczelnika?

Historia pewnego zlecenia

Napisz paszkwil

na sędziów

 

"Dyktator" miał być nieco inną książką. Wymyśliłem go sobie gdzieś w styczniu, pisząc "Cesarza" (powieść o oligarchach, która ukaże się wkrótce). Pomyślałem, że dla równowagi (bo "Cesarz" wali równo w liberałów i socjalistów) warto napisać książkę o pisowskiej propagandzie.

Bohaterem tej powieści miał być dziennikarz, który przez 8 lat rządów PO był totalnie marginalizowany, tłamszony, niszczony. Uniemożliwiano mu pracę w mediach głównego nurtu, a inne próby dziennikarskie lekceważono. Kiedy więc PiS dochodzi do władzy i daje naszemu bohaterowi program w telewizji, ten myśli, że już teraz będzie tylko z górki. Problem w tym, że to nie jest propagandysta tylko uczciwy gość, więc w końcu dostrzega, do czego to może doprowadzić i się buntuje (pytanie czy nie za późno?).

Tak miało być. Ale pewnego dnia się zmieniło, bo pojawił się Wydawca-lobbysta. Wydawca-lobbysta to gość, którego znam od lat i który przez wszystkie kolejne rządy ma dobrze, opływa w luksusy, pieniądze się go trzymają. Ostatnio prawicowiec (zawodowo). Kościół to nie jego bajka, ale teraz krzyż na ścianie i matka boska (celowo małymi literami, bo dla niego to tylko gadżet) w portfelu. Na biurku Gazeta Polska i inne sieci. Przeglądarka otwarta na zdjęciu Jacka Karnowskiego. A może Michała. W biblioteczce frontem do gości uśmiecha się delikatnie wygładzony w photoshopie pan Jarosław z okładki "Polski naszych marzeń".

- Potrzebuję książki - mówi w tych okolicznościach przyrody Wydawca-lobbysta.

Kilka razy już publicznie mówiłem, że skończyłem z pisaniem na zlecenie, a mimo to ciągle mam takie propozycje (czasem kilka razy dziennie). Wiele razy odmawiałem. Ale oni nigdy nie słuchają. Myślą, że ja tak tylko ze skromności.

Kiedyś Wydawca-lobbysta na przykład zaprosił mnie na rozmowy w sprawie korumpowania jednej z instytucji. On (i jemu podobni) myśli po prostu, że ja też jestem uczciwy tylko "zawodowo", że to taka moja koncepcja marketingowa.

Być może negatywnie odbierzecie to, co teraz napiszę, ale nie lubię nikogo wrabiać ani "dożynać", nie chcę być katem (prokuratorem, policjantem), więc zawsze daję szansę wyjścia z pułapki, którą mam ochotę zastawić. Chcę po prostu opisywać świat takim, jakim go widzę (a nie ścigać bandytów, Wydawca-lobbystaów i innych, to zwyczajnie nie moja robota, a zawsze powtarzam: róbcie, co do was należy, a świat będzie lepszy). Trochę też brzydzę się ukrytym nagrywaniem i prowokacjami.

Dlatego wtedy powiedziałem, że chyba to nie jest dobry pomysł, bym uczestniczył w tych "korupcyjnych" rozmowach (oczywiście u niego "korupcja" polegała na legalnym płaceniu faktur za określone usługi, które absolutnie nie mają związku z działaniami, które nie są opłacone i nijak korupcji w takiej sytuacji udowodnić się nie da, a kto by powiedział o tym wprost, z pewnością przegrałby proces, tak jak wszyscy nazywający po imieniu różne działania prywatyzacyjne czy wygrywanie niektórych przetargów; taki już jest ten świat, że niedomówienia lepiej go opisują niż mówienie bez ogródek; no i niektóre książki).

- Dlaczego? - zapytał Wydawca-lobbysta.

- Bo może potem napiszę o nich w książce.

Zamyślił się, zastanowił.

- Aha, no to może rzeczywiście nie jest najlepszy pomysł.

Potem milczał z pół roku, myślałem, że mam go z głowy bezpowrotnie, ale okazało się inaczej. Wydawca-lobbysta zadzwonił pewnego słonecznego dnia i - jakbyśmy słyszeli się wczoraj - od razu wypalił, że chciałby mnie wynająć do przeprowadzenia akcji lobbingowej w sprawie związanej z jakimiś billboardami. Odparłem, że nie jestem zainteresowany, koncentruję się na książkach i zdecydowałem, że już tylko je będę pisał, nawet jeśli mam zdechnąć z głodu.

- Im szybciej umrzesz, tym szybciej będą bestsellerami - odparł ze śmiechem, a potem dodał, że te billboardy to są związane z książkami i żebym się z nim spotkał, bo on chce zamówić u mnie książkę.

Tutaj należy poczynić dwa wyjaśnienia.

Po pierwsze: (po długim zastanowieniu - chyba gryzłem się z tym całymi tygodniami) postanowiłem, że nie ujawnię jego nazwiska i nie dam się wrobić w żadne ściganie tego człowieka. Z kilku powodów: raz, że mimo że oceniam jego działania etycznie, moralnie i zwyczajnie tak po ludzku bardzo negatywnie, to jednak on nigdy mnie nie oszukał, chcąc mi zlecić napisanie książki, miał zamiar mnie wykorzystać, ale przecież do niczego nie chciał zmuszać, chciał mi dać zarobić, samemu zarabiając zapewne wielokrotnie więcej (ale przecież autorzy książek u wszystkich wydawców zarabiają mało). Kolejnym powodem był fakt, że wciąż czuję się trochę dziennikarzem i uważam, że muszę zachować w tajemnicy tożsamość moich informatorów, a ten człowiek był kiedyś moim informatorem w kilku sprawach. Tak więc choć teraz nie jestem już dziennikarzem, to jednak postanowiłem chronić tożsamość "informatora", dzięki któremu powstał "Dyktator" (wyjaśnię to niżej bardziej szczegółowo).

Po drugie: Wydawca-lobbysta jest związany z rynkiem wydawniczym. Mogę go bez żadnego nadużycia nazwać Wydawcą, bo prowadzi taką działalność i reprezentuje bardzo znane wydawnictwo. Żeby utrudnić "służbom" jego namierzenie, w kilku miejscach zmieniam szczegóły odnośnie naszych spotkań i telefonów, ale są to drobiazgi nie mające znaczenia dla istoty sprawy.

Od razu odpowiem krytykom, którzy zaczną krzyczeć: "Zielke taki sprawiedliwy, a kryje bandziora!", "Jeśli to jest prawda, to ujawnij wszystko".

Możecie myśleć, co sobie chcecie, a ja będę pisał, co chcę, bo (jeszcze) mi wolno, żyję w wolnym kraju i zdecydowałem, że napiszę tylko tyle (albo aż tyle). Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie kłamię, że mam na swoje słowa dowody i że pewnie (jak zwykle) kiedyś się to okaże. Ale nie jestem donosicielem, nie dam się też wrobić w żadnego świadka, którego służby po wykorzystaniu politycznym przemielą i zostawią samego naprzeciwko bogatej i wpływowej machiny. Nie mam żadnych dowodów na korupcyjny charakter działań Wydawcy-lobbysty. Nie jestem w stanie ich udowodnić. Zwyczajnie jest to robione bardzo dobrze, przez profesjonalistów, którzy nigdy nie są łapani, a tacy jak ja czasem z przyzwoitości dają się wykorzystać i powiedzą, co wiedzą, a z tego nic nie wynika.

Może za bardzo zagmatwałem, ale wyjaśnienie tego jest jednak dość istotne, więc podam taki przykład:

Powiedzmy, że Biznesmen X robi biznes z państwową spółką. Ta podpisuje z nim uczciwy kontrakt na dostawę usługi - np. druk kalendarzy. Dostarcza ją - drukują kalendarze piękne i ładne, w normalnej cenie. Wszystko jest legalne i zrobione jak trzeba (nie ma się absolutnie do czego przyczepić). Usługa jest wykonana profesjonalnie. Nie ma żadnej możliwości zarzucenia jej nierzetelności. Ale podwykonawcy dobrze wiedzą, że chodzi o coś innego. Że Biznesmen X dlatego dostał to zlecenie, bo ma wykonać w tej uzgodnionej za kalendarze cenie inną usługę (dajmy na to wydać książkę "Sędzia łotr i drań powiązany z PO") Ta książka nie będzie w żaden sposób opłacona w tym kontrakcie, ale zysk z niej wystarczy na sfinansowanie prac z autorem. Autor będzie świadomy w czym bierze udział, ale będzie udawał (bo mu się będzie opłaciło), że nie ma tej świadomości. A jak go ruszy sumienie, to co ma zrobić? Doniesie, że to "korupcja", "przekręt"? Opowie w wywiadzie? Może to zrobić, ale wiecie jaki będzie efekt: w najlepszym razie służby politycznie to nagłośnią, wykorzystają sprawę do jakiegoś medialnego mielenia, ale nikt nikogo nie złapie, bo też nie ma jak tego przekrętu udowodnić, każdy sąd ich wyśmieje (no chyba że sądów nie będzie, bo nawet "ich" sędziowie, czegoś takiego nie klepną). Więc na koniec powiedzą, jak już ucichnie, że ten "donosiciel" konfabulował, zmyślił wszystko. Jedynym ukaranym będzie nasz biedny "autor".

Beze mnie, kochani.

To tylko przykład. Ale tak by się skończył, gdybym ujawnił teraz szczegóły tej sprawy i nazwisko zleceniodawcy. Byłaby wielka afera (może najgłośniejsza afera w tym roku, bo nawet wam się nie śni, jakie nazwiska i nazwy firm by w niej padły; nie mówię tu o chłopakach kradnących długopisy, tylko o ludziach robiących interesy na dziesiątki milionów), ja może nawet zostałbym świadkiem koronnym, narobiłoby się takiego dymu, że wszystkie telewizje i gazety by o tym głosiły na czołówkach (prawicowe i publiczne też). Ale ostatecznie to ja stałbym się kozłem ofiarnym. Nie mogąc udowodnić winy, na koniec, po latach, dobraliby się do mnie. To mnie by załatwili. Miałem już takie dylematy kilka razy (gdy np. bardzo znana osoba, rzekomo wysoki oficer WSI chciał mnie przekupić na zlecenie jednego z największych na świecie banków). Też niby coś bym mógł udowodnić, ale ostatecznie nikt by nie poniósł konsekwencji, a ja miałbym paru dozgonnych wrogów więcej.

Podsumuję to jednym zdaniem i już nie truję: nikt z osób przeze mnie opisywanych przez te wszystkie lata dziennikarstwa nie poniósł za swoje działania odpowiedzialności karnej, a takich, którym się należało, było wielu.

Wracając do meritum, spotkałem się z Wydawcą-lobbystą i wtedy poznałem szczegółowe wymagania.

 - Potrzebuję książki, która będzie ostro jechała po WSI, oligarchach, ale przede wszystkim po sędziach. Takiej jak ta twoja ostatnia (ma na myśli "Sędziego", nie "Nienawiść"), tylko jeszcze mocniejszej. Sędzia (bohater) to musi być prawdziwy skurwysyn. Taki, którego znienawidzisz po pierwszym rozdziale. Dwa, dziesięć razy gorszy od Fogla.

- Gorszego od Fogla nie było.

- Ale ty go przecież wymyślisz. Ma być draniem, porywczym bandziorem, kraść na potęgę, ruchać co się rusza i na drzewo nie ucieka i oczywiście TW, agent WSI, skorumpowany, brzydki, zły do szpiku. Najlepiej w pierwszej osobie (ale to do uznania), żeby lepiej pokazać, jak się boi tego, co nadchodzi, jak mu się "dobra zmiana" dała we znaki. Nie musi być na faktach, ale dobrze byłoby wpleść parę prawdziwych spraw, żeby nie była totalna fikcja. Jakieś fałszywe windykacje, akcje z komornikami, przekupywanie sekretarek w sekretariatach, by wyjmowały pisma z kopert lub myliły adresy, grillowanie wyroków, gubienie akt, wycieki, takie tam sprawy, no i nasz główny bohater - sędzia oligarcha, brzydki, brudny, zły, politycznie i agenturalnie umoczony. To jak, ile chcesz zaliczki?

Zleceniodawca zapewniał, że nie będzie żadnych ingerencji w treść, nacisków, cenzury, nic. Uczciwa książka o przekrętach, przecież na tym się znam, wszystkie moje książki takie są, a tu jeszcze ktoś dodatkowo za napisanie zapłaci. Bierze w ciemno wszystko, co spłodzę. Byle było dosadnie, wulgarnie, mocno, tak żeby "pierdolonych sędziów lud nienawidził". Wydawcą miał być sam, nakład duży, bardzo duży.

- Takiego jeszcze nie miałeś. I takich sponsorów też nie. To jak, ile?

Muszę wam się do czegoś przyznać: w pierwszej chwili się podpaliłem, nawet zamierzałem wziąć tę zaliczkę. Chciałem zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwano. Miałem już gorsze zlecenia. Zamawiano u mnie autobiografie księży pedofilów, fikcyjne biografie sportowców, różne inne fałszywki, zdarzył się nawet klient, który chciał paszkwil na swoją własną córkę (twierdził, że próbowała go zamordować), a także finansista, który nie ukrywał, że potrzebuje książki dla uwiarygodnienia się przed Rosjanami, którym chciał sprzedać swoją wierzytelność wobec Polski.

Ale wszystkie powyższe zlecenia jednak odrzuciłem. Tu miałem większy dylemat, bo lubię pisać książki o przekrętach, a przykładów na niewłaściwe działania agentów, prawników, sędziów jest aż nadto, więc taką książkę napisałbym z przyjemnością. Jednak coś nade mną czuwało, żeby nie wziąć tej kasy (bo wtedy pewnie byłoby gorzej ze wszystkim) - bezpośrednią przyczyną odmowy przyjęcia zaliczki było to, co stało się z książką "Dla niej wszystko" - tam przyjąłem dużą zaliczkę za napisanie, a w efekcie nie mogłem książki wydać (i do dziś się nie ukazała, jest zablokowana decyzją sądu).

Tak więc powiedziałem coś w stylu:

- Na razie nie rozmawiajmy o pieniądzach, zróbmy dobrą książkę, a potem się zastanowimy jak wydać i na jakich warunkach.

Obiecałem, że w kilka dni przygotuję "konspekt", ale Wydawca-lobbysta stwierdził, że nie ma potrzeby, ufa mi i wie, że zrobię dobrą powieść.

- Gdybyś jednak potrzebował pieniędzy, po prostu zadzwoń. Przeleję ile trzeba.

Na tym stanęło i się rozstaliśmy. Ja zacząłem przygotowywać konspekt "Sędziego super drania jeszcze gorszego od Fogla" i wtedy... się zaczęło. To znaczy wyszły ustawy sądowe, zrobiła się zadyma, a ja cały czas nie rozumiałem, co tu jest grane. Dlaczego tak poważną (i niezwykle potrzebną) reformę przeprowadza się w takim pośpiechu i stylu, w tak zakłamany sposób i tak dzieląc społeczeństwo. I nagle się zorientowałem, że moje zlecenie, to część jakiejś gry z tym związanej (a kiedy poszły po wakacjach billboardy na temat sądownictwa za 10 mln zł to już byłem pewien, że miałem się w jakiś sposób przyczynić do tej propagandowej akcji, w której cały czas nie wiem, co jest białe a co czarne - UWAGA: kiedy wyszły te billboardy, mój "Dyktator" był już w drukarni).

Gryzłem się tylko chwilę, co zrobić (większy dylemat miałem z tym, ile z tego wszystkiego ujawnić i jak mocno pójść po bandzie), i wtedy wpadłem na pomysł, żeby mój "Dyktator" nie był o dziennikarzu tylko o polityku i wydarzeniach, które się dzieją na naszych oczach (ale też w kuluarach). Zmyślonych, rzecz jasna, bo wszystko w moich książkach przecież zmyślam.

Reszta paliła mi się już w palcach, chyba nigdy dotąd tak szybko nie pisałem książki, bo wiedziałem, że coś ma się wydarzyć po wakacjach i chciałem być gotów, gdy się wydarzy. Prawie zdążyłem :) bo jednak wolałbym wystrzelić z "Dyktatorem" równo z kampanią billboardową na temat sądów, ale okazało się to niemożliwe. Zresztą kampania skompromitowała się sama i bez tego.

A Wydawca-lobbysta? Jak gdzieś już napisałem, chciałbym, żebyście zobaczyli jego minę, gdy mu powiedziałem, że moja książka ma tytuł "Dyktator" i chyba nie ma sensu, by ją czytał, bo raczej nie jest przeznaczona dla jego wydawnictwa. Szczególnie, że mam swoje wymagania co do okładki.

On zbladł i wypalił tylko:

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nikt ci tego nie wyda.

Zdawałem. I dlatego postanowiłem kupić sklep internetowy i przygotować samodzielne wydanie. Początkowo chciałem puścić elektroniczną wersję za darmo, ale ktoś mnie przestraszył, że zaraz będzie zarzut, że to opłacona akcja przez PO czy kogoś, a tak nie jest. Zresztą PO z mojej książki raczej nie będzie zadowolona, bo tam jest zdecydowanie więcej krytyki w stosunku do tej formacji niż pochwał (pochwał chyba nie ma, bo mój Naczelnik raczej niczego nie docenia w działaniach opozycji, więc trudno żeby było).

Zamówiłem niewielki nakład papierowy "Dyktatora", na więcej nie było mnie stać. W międzyczasie zdarzyła się szalenie zabawna sytuacja. Zadzwonił do mnie wydawca "prawicowy" (nie ten zlecający, zupełnie nie wtajemniczony w sprawę, który chciał u mnie zamówić napisanie książki o jednym szalenie sympatycznym agencie-gangsterze).

Zapytał, co słychać i czy się zdecydowałem przyjąć jego zamówienie, a ja mu powiedziałem, że na razie nie mam czasu, bo właśnie szykuję samowydanie innej książki, a on na to, że może u niego wydam.

- Nie - mówię nie wdając się w szczegóły (bo prawicowy wydawca "Dyktatora" na pewno nie wyda :) ). - Zdecydowałem się sam wydać.

- A jaki nakład?

Powiedziałem.

- Co tak mało?

- Nie mam więcej pieniędzy. I tak musiałem z góry zapłacić (jak Drukarnia usłyszała tytuł, zażądała płatności z góry, tłumacząc, że jestem jednoosobowym bytem i muszą się ubezpieczyć; oczywiście to rozumiem i nie mam pretensji, i tak jestem wdzięczny, że się nie wystraszyli i wydrukowali).

- No to ja się dołożę i dodrukujemy, żeby więcej w rynek wpuścić.

- Lepiej nie - uciąłem, a jak nalegał, powiedziałem, że się zastanowię.

Na tym (na razie) kończy się historia "Dyktatora". Książkę wydrukowałem, nagrałem amatorskiego audiobooka ( w chwili gdy to publikuję, jeszcze go obrabiam), zrobiłem wersje elektroniczne, włożyłem to do sklepu internetowego, w ostatniej chwili udało mi się dograć jeszcze dystrybucję, dzięki czemu książka jednak trafi do księgarń. Więcej nie potrafię.

Mam nadzieję, ze zechcecie tę książkę przeczytać, bo - może to powinienem podkreślać na każdym kroku, a nie skupiać się na historii powstania - "Dyktator" poza tym, że naładowany jest masą odniesień do naszej najnowszej historii i współczesności, to przede wszystkim (mam nadzieję) jest dobrą literaturą. Bardzo bym chciał, żeby głównie w tej kategorii była oceniana.

PS.

Ten tekst będzie pewnie nie raz zmieniany, bo pojawiają się nowe okoliczności i wątki.

1. Znów np. dostałem ofertę od jednej z oficyn (prawdopodobnie po ujawnieniu "Dyktatora" będzie to oferta nieaktualna, ale chciałem to dopisać, żeby "oferent" (porządny człowiek) nie myślał, że to jego opisywałem we fragmencie o prawicowym wydawcy. To nie o Panu, Panie Adamie. To ktoś inny.

2. Gdy pisałem pierwszą wersję tego tekstu, wszystko to traktowałem dość "lajtowo", jako raczej zabawną sytuację, numer wywinięty Wydawcy (którego w pierwszej wersji tekstu nazwałem "Cwaniakiem"). Dziś trochę się to zmieniło, bo jednak ten Wydawca robi naprawdę poważne interesy, a pewne okoliczności wskazują, że moja sprawa mogłaby naprawdę porządnie wstrząsnąć sceną polityczną i doprowadzić do poważnych zmian w rządzie. No i przestało być zabawnie i zrobiło się trochę strasznie, bo uświadomiono mi, że porywam się trochę z motyką na słońce. Uznałem więc, że nie ma co robić sobie żartów, bo to w sumie poważna sprawa: bo przecież to nie jest zabawne, że ktoś chciał książką wpłynąć na polskie prawodawstwo (a może ktoś inny wpływa). No i w tle są jednak i duże pieniądze, i ludzie ze służb.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl